Muzyczne, a historyczne sentymenty

Wstąpiłem na czteroosobową, nie jawną, ucztę historyków miłośników ryb. Sprawdziłem wcześniej czy nikt mnie nie śledzi i przyniosłem rybę po grecku, oraz śledzie zasmażane w occie. To były w pół udane strzały z Carrefoura, gdyż co prawda były już ryby po grecku, ale płaty śledziowe skomponowały się z całą paletą ryb, gdzie królował tatar z makreli(?).

Na wstępie niestety usłyszałem radio, ale na szczęście rozmowy były interesujące i rekompensowały nawet brak muzyki i brak tematu muzyki (nawiążę do niego później). Na wstępie oświadczyłem, że nie chciałbym być historykiem, bo jestem zbyt sentymentalny i opuszczone przez zmarłego właściciela przedmioty powodują u mnie smutek. To był drugi udany strzał – młoda historyczka (wszyscy się znamy od kilku lat) przyznała się, że nie była by w stanie napisać biografii. Smuci ją fakt, że całe życie osoby, jej niezliczone chwile i całe jej wszechświaty zostały spisane w stosunkowo niewielkiej księdze. Było jeszcze kilka tematów około-historycznych, a na koniec zostałem zapytany czy napiszę o spotkaniu na blogu… odparłem że nie, gdyż piszę jedynie o muzyce…

… zmieniłem później zdanie… powiążę rozmowę z muzyką…

Nie rozumiem do końca mojego stosunku do muzyki – niby mnie bardziej fascynuje niż historia… może mam większy talent do niej (historia zaleca mieć pamięć do faktów, dat, osób, miejsc…)… ale… nie wzbudza mojego sentymentu, w sensie że:

  • spotkałem się ze stwierdzeniem iż „fakt że lubisz muzykę danej epoki nie świadczy o tym, że nadawałbyś się bardziej do życia w niej”… nie mam z tym problemu, gdyż nie odczuwam potrzeby takiego przeniesienia. Gdy słucham muzyki Chopina, to klimatem jestem w tamtej i obecnej epoce. Muzykę której lubię czerpię z kilkudziesięciu „epok” i nie muszę się nigdzie „przenosić” (na marginesie – najbardziej chciałbym żyć w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, kiedy nikt nie mógł nam wmawiać, że jesteśmy nic nie warci).
  • Jest coś nieśmiertelnego w muzyce, coś co uzasadnia byt artysty(Próba antropologicznego uzasadnienia muzyki (odp. na n.r.m. cz. 5))… to może głupie, ale czuję sens w tworzeniu. Jedynie czuję ten sens, bo mimo że uznaję muzykę za dowód na istnienie Boga i życia po śmierci (Kierując się „w górę” od muzyki, Próba zrozumienia muzyki), nadal nie rozumiem po co jest „to coś” co zostawia artysta po sobie (Nieśmiertelność artysty – „a po co to komu, a na co to?”)

Powody dla których nie zostałem muzykiem są inne – brak energii, oraz… śmieszny powód… niewiara, że potencjał twórczy się nie kończy i wynikający z tego lęk, że w pewnym momencie skończą mi się pomysły.

Dziękuję historykom za smakowite zaproszenie, za udane spotkanie i Was pozdrawiam

2 odpowiedzi na “Muzyczne, a historyczne sentymenty”

Skomentuj puch_okruch Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń na górę

Ta strona używa plików cookies / This website use cookie files.
Polityka prywatności   
ZGODA / AGREE